Uwielbiam kiedy posty na tym blogu "piszą się same". Do rzeczy. Odwiedziłam dziś poznański sklep z tapetami Nina. Wchodząc do sklepu zastałam przy ladzie grupę ludzi zajętych rozmową. Przywitałam się i czekam. Po chwili mężczyzna, którego trudno było zakwalifikować jako sprzedawcę (zapewne właściciel), zapytał mnie o cel wizyty. Kiedy odpowiedziałam czego szukam, wydelegował pracownicę jedzącą kanapkę za ladą, by pokazała mi wzorniki. Pani zaprowadziła mnie do stołu i wyjęła kilka przepastnych knig twierdząc, że z nich sobie znajdę interesujący mnie wzór. I tak zostałam z wzornikami, a sprzedawczyni wróciła za ladę (klient nie może przecież być ważniejszy od kanapki). Czekałam dłuższą chwilę w nadziei, że ktoś się mną zainteresuje. Myliłam się. Po przejrzeniu 3 wzorników podziękowałam i wyszłam. Usłyszałam jeden głos odpowiadający "do widzenia". Stracili klienta. 

https://bmpolska.com


Pojechałam do Castoramy, gdzie zostałam dobrze obsłużona. Sprzedawca sprawdził ceny, a ja wyszłam ze sklepu z próbkami tapet, które różniły się zasadniczo od pierwotnie zakładanego wzoru. 

Tyle mówi się o tym, że sieciówki wpływają na małe biznesy, że stanowią dla nich zagrożenie. Niby Salon Nina idzie z duchem czasu. Prócz sklepu stacjonarnego mają sklep internetowy i to całkiem sensowny na pierwszy rzut oka: http://sklep.nina.com.pl/. Ale co z tego jak doświadczenie, które serwują klientowi jest do bani! 

Czego oczekiwałam?

  • Zainteresowania mną jako klientem.
  • Poznania moich potrzeb i poprowadzenia choć krótkiej rozmowy.
  • Doradztwa.
  • Sprawdzenia cen i dostępności.
Proste.