Dla wielu to miejsce magiczne i kultowe. Otwarciu każdego z nich towarzyszy euforia, radość i entuzjazm. Nadgryzione jabłko to dla wielu styl życia, wyznacznik statusu, znak naszych czasów. Dla mnie pozostanie pierwszym sklepem, który odwiedziłam na Manhattanie. Moim zdaniem, mimo uwielbienia dla systemu Android, sklepy Appla mają w sobie coś, czego inne marki mogą się uczyć. Ich fenomen opisuje ten ideogram:











Otwarcie odwiedzonego przeze mnie sklepu cieszyło się jak zwykle dużym powodzeniem. Kordony policji, tłumy klientów, rozentuzjazmowana obsługa. Każdy sklep Apple'a ma tak samo. Dlaczego tak się dzieje?




Polskie Ispoty mogą się schować, to fakt. Rozmach z jakim są zrobione sklepy Apple'a uderza już od samego początku. Ten nowojorski to szkło i stal od frontu. 


To był deszczowy dzień, więc każdy klient otrzymywał na wstępie foliowy worek osłaniający parasol ociekający wodą. Proste, prawda?


Sklep jest fantastycznie oświetlony i utrzymany w przyjaznej kolorystyce. Grafiki reklamowe są widoczne z każdego miejsca w sklepie i stwarzają klimat typowy dla marki.


Każdy produkt jest dostępny dla klientów, a obsługujących jest na tyle wielu, że bez problemu można zaczerpnąć ich rady. Dodatkowo, pracownicy dbają o czystość produktów, niemal co chwilę je przecierając, aby piękna produktu nie psuły np. ślady palców.


Wszystko jest maksymalnie proste, sklep jest przestrzenny. Pomimo tłumu klientów o każdej porze dnia, można poruszać się po sklepie komfortowo.

Stevie Jobs, stworzyłeś wzór dla retailu!

A jakie są Wasze wrażenia ze sklepów Apple w Polsce i za granicą?